środa, 8 października 2014

Kto pilnuje strażnika?

Kto pilnuje strażników? – w monumentalnym komiksie Alana Moore’a, ilustrowanym przez Dave’a Gibbons i kolorowanym przez John’a Higgins ma miejsce bunt przeciwko „superbohaterom”. Na ścianie budynku młody człowiek pisze te słowa sprayem, ale szybko zostaje spacyfikowany przez jednego z tytułowych Watchmen – Komedianta. Ekranizację filmu nakręcił Zack Snyder, a była ona reklamowana właśnie tym hasłem: „who watches the watchmen?” – cytatem z rzymskiego poety Juwenalisa.
Film mocno polecam, komiks jeszcze bardziej. W wielkim skrócie jest to historia kilku bohaterów, którzy wcale nie są ani tak bardzo bohaterami, ani wcale super – zatrudnieni przez rząd w propagandowej machinie są „heroiczną twarzą” wojen i walki o demokrację. Czemu o tym wspominam?

Przypomniało mi się to w kontekście posiedzeń jednego z tak zwanych „watchdogów”, czyli organizacji zajmujących się kontrolą obywatelską władz publicznych. Otóż spotkanie miało miejsce pod egidą pewnego miasta z przedstawicielami władz lokalnych, którzy moderowali dyskusję informując nas, że nie życzą sobie poruszania pewnych tematów. Rozmawialiśmy o bezpieczeństwie bezdomnych zimą, którzy piją alkohol, więc nie można ich nigdzie przyjąć i w świetle lokalnych przepisów są skazani na zamarznięcie.
Wszystko super – owo miasto zaprasza ekspertów z różnych dziedzin, stwarza im warunki do pracy i oczekuje sugestii, jak poprawić sytuację. Nie oczekuje jednak komentarzy do wadliwości obecnych przepisów, więc „nie życzy sobie” poruszania pewnych tematów. Skoro mamy udawać, że wszystko jest tak bardzo super, to po co mówić cokolwiek w ogóle?

Z „watchdog’ami” problem jest w ogóle taki, że wszyscy uważają, że są potrzebne, ale nikt ich nie chce na swoim podwórku, a statystyczny obywatel, jak już ma dać na jakąś fundację albo stowarzyszenie, to woli pomóc porzuconym zwierzakom niż wpłacić na konto organizacji, która zabezpiecza istnienie demokracji. Przecież komuny już nie ma, demokracja jest, po co jakimś ludziom dawać, niech policja pilnuje, albo urzędnicy.

Na zachodzie organizacje stróżujące powstały po to, żeby odpowiedzieć na jakąś realną potrzebę. Przez dziesiątki lat demokracji ludzie wkurzali się na korupcję, więc się spotykali i walczyli z problemem. Działało. I działa nadal. W Polsce młodzi mają demokrację od zawsze, więc po co ją tam ratować? Jest, jaka jest, politycy to złodzieje, policja zabrania pić w parkach, afery korupcyjne są tylko po to, żeby ktoś przegrał wybory. Takie wypowiedzi słyszymy w czasie warsztatów z organizowania inicjatyw oddolnych albo z mechanizmów działania sektora organizacji pozarządowych.
Dla starszych korupcja była, jest i będzie elementem systemu, z wiatrakami walczyć nie ma co, bo to jest porywanie się z motyką na słońce. I pewnie też walka Dawida z Goliatem. Metafory można mnożyć.

A czyja to jest wina? Urzędników, którzy nie chcą, żeby wyszło na to, że coś jest nie tak? Moim zdaniem nie. Urzędnik też człowiek, może coś przeoczyć, albo nie pomyśleć o temacie. To my jesteśmy po to, my obywatele, żeby iść i powiedzieć, że coś nam nie pasuje. Że jest problem. Na tym polega demokracja, a nie na tym, że jedna piąta Polaków raz na kilka lat pójdzie kreślić długopisem po kartce.
To jest nasza, społeczeństwa wina, że nie wierzymy w to, że możemy cokolwiek zmienić. Godzimy się na to, że coś nas uwiera, bo się przecież zrobi zgrubienie na stopie i nawet w źle zszytym bucie da się chodzić.

Organizacjami stróżującymi nikt się nie przejmuje, nikt ich nie finansuje, albo w najgorszym wypadku, są zdane na łaskę ludzi, których mają sprawdzać i którym mają doradzać – a to oznacza, że zaraz po tym, jak się je powoła, tak się im „pomaga”, żeby czasem nie zauważyły uchybień, których mają szukać.

Co z tym wg Was zrobić, drodzy czytelnicy?

Źródła obrazów: jeden, dwa, trzy.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza