poniedziałek, 19 maja 2014

Bezpieczeństwo bez barier - gra miejska

Mój kolega z Fundacji mawia, że Polaków cechuje nachalna dobroczynność - kiedy tylko widzą, że komuś trzeba pomóc, od razu rzucają się, nie pytając tej osoby, czy faktycznie pomocy oczekuje. Chociaż ten stereotyp, obawiam się, powoli umiera (wynika tak z mojej obserwacji, ale mam nadzieję, że młode pokolenia szybko zadadzą kłam mojej teorii), to jednak w stosunku do osób niepełnosprawnych trzyma się jeszcze dość mocno.
Dotyczy to zwłaszcza sytuacji w urzędach, na dworcach czy w czasie imprez kulturalnych lub sportowych. Jak wspominał jeden z organizatorów, kiedy osoba o kulach schodzi sobie powolutku za schodów niemal każdy, kto ją mija, pyta, czy jej nie pomóc. Nie ważne, jak samodzielna byłaby ta osoba niepełnosprawna, zawsze znajdzie się ktoś, kto na siłę będzie chciał ją uszczęśliwić.
Wydaje nam się bowiem, że Ci niepełnosprawni to mają ciężko. Oj, mają, nawet w ćwierci nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak bardzo.

Dwudziestu pięciu młodych ludzi z Katowic i okolicznych miast miało okazję przekonać się o tym na własnej skórze, biorąc udział w grze miejskiej "Bezpieczni Razem" zorganizowanej przez Stowarzyszenie IKS, z Markiem Jochymczykiem na czele, na prośbę Urzędu Wojewódzkiego, z pomocą Komendy Wojewódzkiej w Katowicach i kilku fundacji i stowarzyszeń, które przygotowywały poszczególne punkty.

Miałem okazję uczestniczyć w tej grze jako sędzia, pilnując, aby przydzielona mi grupa nie wychodziła ze swoich ról, realizowała zadania zgodnie z wytycznymi i wreszcie
w ustalonym czasie. Pod moją opiekę dostały się cztery dziewczyny i chłopak z drugiej klasy liceum. Wygrała zaś drużyna złożona z pięciu chłopców, której sędziowała Milena Skupień, działająca w Regionalnym Centrum Wolontariatu w Katowicach i w Fundacji "Kapitan Światełko" jednocześnie.

Gra składała się z pięciu zadań realizowanych w różnych punktach w Katowicach. Początkowo zakładano, że jej uczestnicy będą poruszać się pomiędzy kolejnymi punktami w rolach osób niepełnosprawnych, ale ze względu na deszczową pogodę, organizatorzy zrezygnowali z tego planu. Mimo tego uczniowie już po pierwszym zadaniu, idąc ulicami Katowic pokazywali sobie nawzajem rozmaite utrudnienia - nie tylko związane z wysokimi krawężnikami, rozkopanymi chodnikami czy remontami dróg, ale także trwałe bariery archtektoniczne, z jakimi na co dzień muszą mierzyć się niepełnosprawni.
Wytyczona przez organizatorów trasa była w gruncie rzeczy prosta i prowadziła wyłącznie przez najbardziej uczęszczane ulice centrum Katowic. Młodzież miała więc okazję przyjrzeć się, z czym na co dzień muszą zmagać się nie tylko osoby na wózkach, ale także osoby niewidome czy głuchonieme.
Dla osoby, która nie ma trudności z poruszaniem się i widzi przeszkody, przeskoczenie przez kałużę czy znalezienie drogi przez labirynt płotków oddzielających roboty budowalne czy remontowe od chodników nie jest problemem. Wyobraźcie sobie jednak, że musicie przedostać się przez rozkopaną ulicę na wózku - błoto po osie, ręce brudne, koła grzęzną.

Albo spróbujcie inaczej - zgaście światło dziś wieczorem i spróbujcie odnaleźć drogę do łazienki - nie ma problemu, prawda? Znacie ją na pamięć. A teraz wyobraźcie sobie, że ktoś wygrodził kilka fragmentów podłogi w Waszym domu - owszem, zostawił znaki i tablice informacyjne sugerujące, jak przedostać się na jego drugą stronę - ale jako osoba niewidoma nie macie o nich pojęcia. Natrafiacie na płot. A potem następny. Przerwa w ogrodzeniu wcale nie oznacza, że dojdziecie w końcu na miejsce - równie dobrze możecie wpaść na wyjeżdżającą właśnie koparkę...

Przed rozpoczęciem każdego z zadań uczestnicy zamieniali się rolami. Jedna osoba w grupie musiała poruszać się na wózku. Druga miała zasłonięte oczy i otrzymywała białą laskę, trzecia musiała zatkać sobie uszy specjalną gumą i zakleić usta plastrem. Pozostałe dwie osoby w grupie służyły za przewodników i asystentów osób niepełnosprawnych. Wszyscy wymieniali się kolejno rolami tak, że każdy miał okazję zarówno przekonać się na własnej skórze, jak to jest mieć ograniczony kontakt i dostęp do naszego codziennego świata, jak i w jaki sposób należy pomagać osobom, które tego wymagają.


Pierwsze zadanie moja drużyna rozpoczynała w filii Biblioteki Śląskiej. Niewidoma osoba musiała dotrzeć do stanowiska, gdzie odsłuchuje się audiobooki. Przez wiele lat twierdziłem, że jest to rozwiązanie dla leniwych i po co w ogóle je przygotowywać, skoro każdy powinien wyrobić sobie nawyk czytania książek w formie tradycyjnej. W ubiegły piątek zmieniłem zupełnie zdanie na ten temat. Audiobooki, zwłaszcza takie przygotowane z efektami specjalnymi i odgłosami, poza głosem lektora, są dla osób niewidomych tym, czym dla innych filmy - wejściem w świat, do którego inaczej nie mieliby dostępu.
Następnie osoba na wózku musiała sprawdzić ilustracje w trzech książkach w czytelni - bez asystenta nie dałaby sobie rady, bo musiała sięgać do półek umieszczonych poza jej zasięgiem.
Wreszcie osoba głuchoniema musiała wypożyczyć czasopismo i przekazać sędziemu kontrolującemu punkt informację o tym, jaka ilutracja towarzyszy wskazanemu w zadaniu artykułowi. Tutaj uczniowie bardzo szybko wpadli na pomysł wykorzystania telefonu komórkowego i podsunęli pracownikom biblioteki przygotowany tekst.
Zadanie w bibliotece przebiegło nam dość sprawnie - co prawda uczestnicy nie byli jeszcze przyzwyczajeni do swoich "ról", ale dość szybko się w nich odnaleźli. Przerażenie dopadło ich dopiero kiedy wyszli na ulice, aby przejść do budynku Urzędu Wojewódzkiego - dziękowali wówczas losowi, że nie muszą poruszać się z zasłoniętymi oczami czy na wózku. 
Wbrew pozorom osoba głuchoniema też nie ma łatwo - jest bowiem odcięta od wielu bodźców i jej postrzeganie rzeczywistości - zwłaszcza w ruchu ulicznym - jest mocno ograniczone. Nie słyszy zbliżających się samochodów i motocykli, w niektórych więc miejscach ma naprawdę spory problem odnaleźć się w ruchu drogowym.


Drugie zadanie jakie musieli wykonać uczestnicy polegało na pobraniu przepustki w Biurze Obsługi Urzędu Wojewódzkiego, następnie odnalezienie odpowiedniego pokoju i wreszcie dostarczenie odpowiedniego pisma z powrotem do Biura Obsługi. Kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się, że poprzednia grupa, która startowała z tego punktu... jeszcze nie rozpoczęła swojego zadania. Okazało się bowiem, że w budynku trwa remont i winda dla niepełnosprawnych jest niedostępna. Swoją drogą, żeby się do niej dostać, trzeba przejechać przez bramę i mały dziedziniec wyłożony kocimi łbami, więc przeprawa tamtędy na wózku inwalidzkim jest naprawdę mało przyjemna.
Nie zrozummy się źle - uważam, że Urząd Wojewódzki miał doskonały pomysł zlecając wykonanie takiej akcji. I bardzo się cieszę, że postanowił edukować swoich urzędników, którzy nie zostali o niej poinformowani.
Problem polegał na tym, że w kwestii obsługi Urząd Wojewódzki okazał się bardzo nieprzyjemnym miejscem. Począwszy od obrażonej miny pani, która wydała nam przepustkę - mimo wszystko pierwsza osoba, z którą spotykasz się w jakimś urzędzie powinna być jego wizytówką. Uczestniczka grająca rolę osoby głuchoniemej znów przygotowała sobie całą prośbę na ekranie telefonu komórkowego - w naszym przypadku to zadziałało, ale dla poprzedniej grupy już nie. Otóż pani w okienku odmówiła kontaktu w ten sposób i zawołała swoją koleżankę, która posługiwała się językiem migowym. Może będzie to dla Was zaskoczeniem, ale nie wszyscy głuchoniemi potrafią się nim posługiwać.
Dlatego też uczennica z zatkanymi uszami nadal pokazywała tylko telefon, aż w końcu przeczytano jej prośbę wypisaną na ekranie. Należało więc podać dowód osobisty. Nie wiem, z czego to wynika, ale niektórym wydaje się, że jeżeli powiedzą coś wolno i bardzo głośno, to bez względu na bariery komunikacyjne (język, niepełnosprawność etc) zostaną zrozumiani. W końcu uczniowie poddali się i asystent osoby głuchoniemej napisał na jej smartfonie prośbę o pokazanie dokumentu tożsamości.
Następnie czekało nas błądzenie po korytarzach urzędu - okazuje się, że niewielu z pracujących tam urzędników ma wiedzę o tym, co dzieje się w innych skrzydłach. Kiedy w końcu udało nam się dotrzeć do wskazanego pokoju na uczestników czekała, moim zdaniem, najbardziej przykra rozmowa w trakcie całej gry.
Uczennica będąca asystentką osoby niepełnosprawnej, która to z kolei miała wykonać osobiście zadanie, weszła do pokoju prosząc o otworzenie drzwi, ponieważ chciałaby wjechać do środka z wózkiem. "Wózkiem z czym?" usłyszała w odpowiedzi. "No, z, eee, człowiekiem" - zagubienie na twarzy i konfuzja uczestniczki były naprawdę ogromne.
Ostatecznie pani urzędniczka wyszła na korytarz, schyliła się do uczennicy na wózku i kazała jej podpisać jakieś formularze. Powtarzam - na korytarzu. Bo wózkiem z czymś, z człowiekiem, nie można było wjechać do pokoju - wymagałoby to otworzenia drugiego skrzydła drzwi.
Złożenie dokumentów w Biurze Obsługi i oddanie przepustki przebiegło już dość szybko i sprawnie, grupa mogła więc oddalić się z Urzędu Wojewódzkiego do następnego punktu.

Kino Rialto obchodziło ostatnio setną rocznicę istnienia. Nie ma więc nic
dziwnego w tym, że budynek nie jest przystosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych. Przed nim trwają jakieś prace budowalne - więc cały chodnik jest rozkopany. Wejście jest po stromych schodach, toteż bez pomocy asystenta, który poprosił o otworzenie bocznych drzwi, nie ma możliwości dostania się do środka na wózku. Co więcej, owe drzwi prowadzą na salę - a więc nie da się dostać do środka, kiedy trwa seans. Wreszcie toalety znajdują się w podziemiu - dostać się do nich można jedynie po stromych, wąskich schodach. Jeżeli więc osoba na wózku przyjechała na seans, lepiej, żeby nie piła zbyt dużo w trakcie projekcji.
Uczniowie mieli za zadanie zakupić bilety - odpowiednio dla swojej "roli". I tutaj nie wszyscy wpadli na to, że przecież osoba głuchoniema nawet polski film musi obejrzeć z napisami. Niektórzy dziwili się, jak osoby niewidome mają oglądać filmy - ale przecież nawet zagraniczny film można obejrzeć z lektorem. 
Wydaje nam się, że niektóre osoby niepełnosprawne nie mogą mieć w ogóle dostępu do pewnych rozrywek - a przecież filmów, które nastawione są na dialogi, a nie na feerię efektów specjalnych można wysłuchać i nadal orientować się, co się w nich dzieje. Potrzebny jest tylko lektor - lub, najlepiej, dubbing.

Kolejne zadanie dotyczyło kawiarni Sceneria, która mieści się przy niezwykle obecnie popularnej ulicy Mariackiej w Katowicach, gdzie zlokalizowanych jest wiele lokali. Większość grup poradziła sobie z nim wyjątkowo szybko i sprawnie - miła obsługa była bardzo pomocna, nawet mimo tego, że sam lokal nie jest specjalnie przystosowany dla osób o ograniczonej sprawności. Uczniom udało się zarówno wjechać do środka z wózkiem, dojść do toalety nie widząc i korzystając tylko ze wskazówek obsługi i asystenta czy zamówić ciastko, znów korzystając ze smartfona jako tabliczki do zapisu swoich myśli.
Tutaj zwrócono im uwagę na inną rzecz - w drodze do łazienki asystent osoby niewidomej poinformował ją, że jest tam bardzo, bardzo wysoki stopień. Uczennica z zasłoniętymi oczami wykonała ruch nogą taki, że mogłaby wejść na krzesło. Oczywiście, jest to kwestia przyzwyczajenia asystenta, ale pamiętać musimy o tym, że dla osoby, która nie widzi od urodzenia, postrzegane proporcje są zupełnie inne niż dla nas. Lepiej więc czasami pokazać (np stając na stopniu i pozwalając prowadzonej osobie określić zmianę wysokości naszego łokcia) jakąś przeszkodę niż opisywać ją, jako dramatycznie wysoki próg.

Ostatnie zadanie grupa, której sędziowałem, miała wykonać na Dworcu Kolejowym w Katowicach. Wiecie, że jest tam tablica z planem dworca dla niewidomych? Teraz już na pewno. Odnalezienie na niej właściwego punktu zajęło dziewczynie spoza Katowic chwilę, ale udało jej się. Można powiedzieć, że było porównywalnie trudne jak znalezienie... samego planu.
Sprawdzenie zniżki też nie stanowiło specjalnego wyzwania dla osoby głuchoniemej - tutaj pani obsługująca punkt informacyjny bez oporów zareagowała na pokazanie jej zapytania na ekranie telefonu i sama nie mówiąc ani słowa wydała uczestniczce kartkę z rozpisanymi ulgami.
Największym problemem okazała się toaleta. Zadanie zakładało wyłącznie wjazd do dworcowej toalety dla niepełnosprawnych, ale za to bez niczyjej pomocy. Wiedzcie, że jest to skrajnie niewykonalne, a dla osoby, która ma słabe ręce - niemożliwe.
Dlaczego? Po pierwsze, toaleta jest płatna a automat do wrzucania monet wisi dość wysoko na ścianie. Po drugie, na drzwiach zamontowany jest siłownik, który pcha je z powrotem - manewrowanie jednocześnie wózkiem po śliskiej podłodze i przytrzymywanie sobie drzwi tak, żeby zmieścić się do środka okazało się wymagającym niezwykłej zręczności, ekwilibrystycznym wyczynem.

Zwycięzcy gry miejskiej.
Jak już pisałem, grupa, której sędziowałem, zajęła drugie miejsce.
Pierwsza drużyna była lepsza od nich o trzy punkty. Gdzie "moi uczniowie" je stracili? Przekraczając limity czasu czy zbierając karę za bieganie z wózkiem. Były jednak i takie drużyny, które oblały pewne zadania - organizatorzy ustalili, że po przekroczeniu 35 minut zadanie zostaje przerwane i niezaliczone. Jak więc widać, nie wszyscy mieli na tyle samozaparcia - i, nie okłamujmy się, także sprytu - żeby wpaść na pewne rozwiązania i dotrzeć wszędzie, gdzie założyli sobie ci, którzy przygotowywali wyzwania w poszczególnych miejscach.

To właściwie wszystko, jeżeli chodzi o relację z ubiegłego, deszczowego piątku w Katowicach. Pojutrze będziecie mogli przeczytać, po co właściwie odbyła się ta gra i dlaczego tam byliśmy, a w piątek - nasze pomysły i przemyślenia dotyczące nie tylko programu "Pełnosprawne Bezpieczeństwo", ale sytuacji osób niepełnosprawnych w ruchu drogowym w ogóle.

Wszelkie komentarze możecie zostawić pod postem, albo na naszych profilach na Facebook czy Google+. Jeżeli chcecie się skontaktować ze mną bezpośrednio, polecam napisać mail do Fundacji lub zajrzeć na moje konto w serwisie Twitter.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza