wtorek, 22 kwietnia 2014

Mój samochód - moje zasady

Wydawać mogłoby się, że kwestia pasów bezpieczeństwa nie będzie budzić żadnych zastrzeżeń. Ci, którzy mieli przyjemność jeździć kiedyś samochodami, które nie były fabrycznie wyposażane w pasy (pozdrowienia dla Weroniki i jej, zmarłego już, Wartburga) na pewno wiedzą, o co mi chodzi. Na niemal każdym zakręcie trzeba było się czegoś trzymać, żeby człowiek nie latał po samochodzie jak szmaciana lalka.

Pomyślcie chociażby o psach - ich właściciele zawsze zastanawiają się, co by tu zrobić, żeby pies nie latał po całej tylnej kanapie albo bagażniku. Nie chodzi tylko o to, żeby zwierzaka przypiąć, żeby nie łaził nam i dyszał do ducha, tudzież ślinił się na dłoń trzymającą dźwignię zmiany biegów - zwyczajnie boimy się o to, że biedak rozbije sobie łeb, kiedy szarpnie nim przy jakimś gwałtowniejszym hamowaniu albo na zakręcie. Skoro więc przypinamy zwierzęta, to dlaczego nie przypinamy ludzi?

Nie przemawia do mnie zupełnie argument, że czasami nie zapinamy się, bo przecież jedziemy tylko do spożywczego między działkami albo po własnym osiedlu a przecież tutaj się nie można rozpędzać i jedziemy ostrożnie.
Pozwolę sobie więc przypomnieć to, na co zwykle kładę nacisk w swoich felietonach - to, że Ty jedziesz ostrożnie, nie znaczy, że inni też mają takie podejście. Zasadę tę, wśród moich znajomych, chociaż mało parlamentarnie, tłumaczę krótkim sformułowaniem: zawsze znajdzie się jakiś grubszy debil. 
Dlatego tak strasznie drażnią mnie wypowiedzi, że kwestia zapinania pasów bezpieczeństwa to kwestia wolności wyboru. Uprzejmie proszę w takim razie rozszerzyć to na kwestię opłacania składki zdrowotnej, bo ja nie chcę płacić za leczenie tych kretynów, którzy nie zapinają pasów, a potem wylatują przez przednią szybę, albo uszkadzają sobie kręgosłupy, chociaż mogło skończyć się na siniaku od poduszki powietrznej i pękniętych żebrach. Proszę także zakazać policji i pogotowiu jeżdżenia po ludzi, którzy próbują popełnić samobójstwo - to ich wybór i nie należy ich ratować. To samo z katowaniem zwierząt - lanie mojego psa/ kota to moja sprawa i kwestia mojej wolności, pies nie obywatel, co Was obchodzi, czy go krzywdzę oraz czemu przejmujecie się tym, że zapinam pas?
Może i podaję skrajne przykłady, ale jak dla mnie to dokładnie ten sam kaliber głupoty. Jeździłem kiedyś z kolegą w KJSach jako pilot - wierzcie mi, pasy są naprawdę bardzo fajną sprawą. Zupełnie nie rozumiem też argumentu, że krępują ruchy - jakie, przepraszam, ruchy? Nikt w samochodzie kan-kana nie tańczy! Zapnijcie sobie kiedyś trzypunktowe pasy, to zobaczycie, co krępuje ruchy. I wierzcie mi, pokochacie je od pierwszego zapięcia.
"Nie chce mi się zapinać pasów" - tego też nie rozumiem. Wydaje mi się, że sięgnięcie do słupka i przeciągnięcie klamry do zatrzasku nie jest bardziej męczące, niż przeciągnięcie się w trakcie porannego ziewania. Poza tym tę czynność wykonuje się tylko raz - właściwie niemalże automatycznie - więc raczej nie jest to też kwestia wycieńczenia organizmu.

Pokrzyczałem sobie, teraz będzie kilka przykładów z życia wziętych. Otóż wychodzę z założenia, że mój samochód, to moje zasady i pas zapięty być musi, nie ma zmiłuj. Zdarzyło mi się kiedyś jechać z dwoma pasażerami - osoba z tyłu nie zapięła pasów "bo nigdy nie zapina, a jeszcze nigdy jej się nic nie stało". Pech chciał, że tamtego dnia wpadliśmy w lekki poślizg i mieliśmy kolizję z innym pojazdem. Ja, kierowca, oraz pasażer obok mnie nawet nie poczuliśmy, że coś poważniejszego się stało (skończyło się na stłuczonej lampie). Osoba z tyłu, która nie była zapięta, w czasie poślizgu przeleciała przez całą kanapę, rąbnęła głową w drzwi, a potem, przy uderzeniu, poobijała się plecami i głową o przednie siedzenia, spadając na podłogę.
Byłem przekonany, że nic się nie stało, dopóki nie zobaczyłem twarzy mojego pasażera, na której malował się grymas bólu i przerażenia, jakbyśmy co najmniej dachowali - wtedy dopiero zorientowałem się, że pas był niezapięty i zamiast przepraszać, wydarłem się, że wydarzyło się to de facto na własne życzenie.
Nie wiem, czy ta osoba do dziś jeździ bez pasów.

Kolejne dwie historie są bardzo do siebie podobne. Raz jechałem z moją dziewczyną, około 140km/h w miejscu, gdzie było to dozwolone. Było wczesne lato i ona miała na sobie kurteczkę, którą postanowiła zdjąć w czasie jazdy. W tym celu oczywiście odpięła pas. Spojrzałem w lusterko, żeby upewnić się, że nikt za nami nie jedzie, po czym wcisnąłem hamulec niemalże do oporu i zjechałem na pobocze, by uskutecznić tamże tradycyjne wydzieranie się na temat bezpieczeństwa w czasie jazdy i zapinania pasów. Bo nigdy nie wiecie, kiedy wyskoczy Wam sarna czy inny zając na drogę. Może było to mało delikatne i na pewno nie zrobiłbym czegoś takiego dziecku, ale ona powinna była doskonale wiedzieć, jak zachowywać się w samochodzie.

Drugą historię mam zupełnie świeżą, bo z wczoraj. Mój dziadek strasznie nie lubił zapinania pasów. Do tego stopnia, że zepsuł umyślnie mechanizm naciągu pasa, by móc go tylko przerzucać sobie przez brzuch, by wyglądał na zapięty dla policjantów. Nigdy tego nie zrozumiem. Moja babcia z kolei chyba nigdy nie miała prawa jazdy, a jeździ sporadycznie jako pasażer - wczoraj odwoziłem ją z rodzinnego spotkania z okazji Wielkanocnego Poniedziałku. Ilekroć babcia wsiada do auta, otwieram jej drzwi i podaję pas, żeby nie musiała się gimnastykować (jest spory kawałek za fotelem). Wczoraj wjeżdżamy już na jej ulicę. Mamy jakieś 600m do jej domu. Ulica jest wąska, a ruch jest dwustronny - tym bardziej utrudniony, że przy wąskich chodnikach parkują auta, więc czasami zupełnie nie widać, czy ktoś jedzie z przeciwka, czy nie. 
Tymczasem moja babcia, jak tylko skręciliśmy, odpięła pas. Zahamowałem z 30km/h do zera, więc babcią odrobinę szarpnęło - zanim jednak zaczęła się na mnie drzeć, ja zastosowałem uderzenie wyprzedzające pytając, co jej odbiło, że odpięła ten pas? Nie była to tylko moja fanaberia - kilka razy zdarzyło mi się, że nagle zza zaparkowanego auta wyskakiwał na mnie inny wóz i musiałem dawać po hamulcach - gdybym jechał 50km/h, babcia rozbiłaby sobie głowę o deskę w czasie takiego hamowania.

Jeżeli więc macie opornych znajomych, polecam zrobić im czasem taką niespodziankę - na osiedlowej drodze wcisnąć pedał hamulca do oporu przy 30-35km/h. Wrażenie niezapomniane i pozwala sobie bardzo łatwo wyobrazić, co byłoby, gdybyśmy jechali 50 czy 70km/h. Głowa wbita w deskę albo w fotel przed pasażerem. Jeżeli to Wasz samochód, to Wasze zasady - dbajcie nie tylko o to, żeby nie płacić mandatów za pasażerów, ale też o to, żeby nie trzeba było odwiedzać ich na ortopedii, gdzie będą chodzili w kołnierzach i z usztywnionymi kręgosłupami.
A jeżeli macie dzieciaki, macie o wiele łatwiej - możecie je od samego początku uczyć Waszych mądrych zasad - w tym zapinania pasów. Bawiliśmy się kiedyś tak z synkiem kolegi - delikatnie hamowaliśmy, żeby poczuł, jak łapią go pasy - młody śmiał się jak szalony (nie miał już fotelika, tylko takie coś pod pupę, żeby siedział wyżej). Myślę, że gdybyśmy zrobili mu coś takiego bez pasów - żeby zarył łebkiem o fotel taty przed nim - na pewno nie byłoby mu do śmiechu.

Waszą podstawową zasadą powinno być: "chroń to, co kochasz". Swoich pasażerów. Swoje zwierzaki. Swój ładunek, swoje auto.

Jeśli chcesz opisać, jakie zasady panują w Twoim samochodzie, daj nam znać na Facebook lub Google+. Możesz także napisać do mnie na Twitter albo wysłać maila bezpośrednio do Fundacji.

Polub nas na Facebook i Google+ - umieszczamy tam nie tylko artykuły, ale także informacje o organizowanych przez nas akcjach i kampaniach oraz o tym, kto i czego potrzebuje po wypadku.

Źródła zdjęć:
amishsteve via photopin cc
AlamosaCountyPublicHealth via photopin cc
epicbeer via photopin cc

0 komentarze:

Prześlij komentarz