poniedziałek, 3 lutego 2014

Nocny rower

Obecnie na Śląsku mamy dość ładną pogodę – w porównaniu z tym, co widać było wczoraj na zdjęciach z Lubelszczyzny w Teleexpresie, jest tutaj naprawdę wiosennie. W związku z tym, że nie ma ogromnych zasp, ostatnio częściej poruszam się rowerem niż samochodem.
Zawsze powtarzałem, że jeżdżenie nocą na rowerze sprawia mi najwięcej przyjemności, przynajmniej, jeżeli chodzi o jeżdżenie po mieście. Ruch jest niewielki, nie ma pieszych, którzy mogą znienacka wpaść pod koła, samochodów także jest mniej, w związku z tym jeździ się spokojniej i bezpieczniej. Zawsze można sobie kilka spraw przemyśleć, a jeżeli jedzie się z kimś – porozmawiać, bez konieczności przekrzykiwania warkotu silników.
Jest jednak kilka kwestii, które przy okazji tych moich chwil spokoju i nazwijmy to nawet, zadumy, przychodzą mi na myśl, z których dziś poruszę bodaj najważniejszą: lampki.
Musisz mieć światła. I nie ma zmiłuj, nic mnie nie obchodzi to, że niemal żaden rower obecnie nie jest fabrycznie wyposażany w światła. Kiedyś jeździło się z furkoczącym dynamo, które źle ustawione tak mocno tarło o koło, że człowiek zdążył zmęczyć się zanim lampa zaczęła porządnie świecić. W chwili obecnej są dosłownie setki możliwości oświetlenia się na rowerze po zmroku. Zdaję sobie sprawę z tego, że jeżdżenie z włączonymi lampkami w ciągu dnia mija się z celem, bo są one na tyle słabe, że w ogóle ich nie widać. Ale kiedy tylko zrobi się chociaż trochę ciemniej, uważam, że „mroczni rycerze”, którzy nie używają żadnego oświetlenia, proszą się o wypadek i w dodatku narażają innych na niebezpieczeństwo.
Roweru nie słychać, więc jeżeli jedzie się chodnikiem, dla pieszego, który nie musi być oświetlony, a my, jako rowerzysta, nie musimy go widzieć, tylko światła mogą stanowić informację o tym, że zbliża się jakieś potencjalne zagrożenie. To samo w przypadku samochodów – kierowca nie słyszy ani wołania z zewnątrz, ani pisku rowerowych hamulców, ani cykania piasty tylnego koła – widzi wyłącznie nasze światła.
Nawet, jeżeli są to więc małe lampki, pojedyncze diody, robią one ogromną różnicę. Widzi nas i pieszy i kierowca, i inny rowerzysta, więc nie wpadamy na nikogo jak Batman z zaskoczenia. Auto widzimy, ale pieszego nie zawsze uda nam się zauważyć – dzięki światłom przynajmniej on widzi nas.
I tutaj moja drobna sugestia dotycząca lampek rowerowych i ich możliwych trybów działania – zastanówcie się przez chwilę, patrząc w ciemności garażu, piwnicy czy przedpokoju, jak wyglądają Wasze światełka dla osób, które mijacie. Zgadza się, białe światło ustawione w tryb migania wygląda jak stroboskop, powoduje ból głowy i prawie przyprawia Was o epilepsję. Dodam także, że niespecjalnie skutecznie oświetla drogę przed Wami.
Nie róbcie więc tego, bardzo proszę. Przednie, białe światło niech świeci stale – bez żadnego migania, sygnałów etc. Nawet, jeżeli jest to właśnie taka mała „pchełka”, która działa wyłącznie jako światło pozycyjne. Nigdy nie wiecie, czy jej miganie nie spowoduje u kogoś zawrotów głowy albo ataku epilepsji.
Tylne światło z kolei – w porządku, niech sobie powoli miga. To akurat ułatwia sprawę wszystkim – kierowcom i pieszym, bo bardziej zwraca na siebie uwagę, a czerwone lampki zwykle świecą słabiej. Ale tutaj także sugerowałbym używanie powoli pulsującego światła, a nie szalone dyskoteki, bo jeżeli ktoś jedzie lub idzie za Wami, nigdy nie jest to dla niego przyjemne doznanie.
Nie udawajcie więc proszę ani nietoperzy, ani dyskoteki. Ja osobiście używam małych, pojedynczych diod zapinanych na gumkę na ramę, bo łatwo je założyć i zdjąć, a poza tym nie zajmują wiele miejsca w torbie a ich baterie starczają na bardzo długo. Kiedyś kolega powiedział mi, że takie światełka zupełnie się nie sprawdzają. Kilka tygodni później, w Warszawie, trafił na jakiejś nieoświetlonej drodze na, jak to określił, stado świetlików. Było to kilku rowerzystów wracających z Nocnej Masy Krytycznej i nagle okazało się, że nawet takie małe lampki pozwalają na wyłuskanie wzrokiem rowerzysty z ciemności.
A skoro już o ciemnościach mowa, rozumiem, że dla wielu osób Batman jest jednym z najciekawszych superbohaterów, ale proszę – nie ubierajcie się na czarno idąc wieczorem czy nocą na rower. Sami prosicie się o to, żeby coś Wam się stało. Nie mówię, że musicie mieć na sobie pomarańczowe kurtki, ale chociaż trochę jaśniejsze znacznie ułatwią innym uczestnikom ruchu znalezienie Was i ominięcie. A jeżeli jesteście tak wielkimi fanami czerni, że po prostu nie macie innych ciuchów, to zawsze można wyposażyć się w odblaski. Mam ich całą szafę, a za żaden nie zapłaciłem złotówki – są rozdawane przy różnych okazjach, przez Policję, kiedyś nawet można było je dostać w Urzędzie Miejskim albo na komisariatach.
Aha, i odblaski SA dodatkiem, nie zamiennikiem światełek.

Chcesz napisać swój komentarz w tym temacie? Opisać swoją historię dotyczącą oświetlenia rowerowego, albo zasugerować innym, skąd mogą wziąć odblaski? Zamieść komentarz na naszej stronie na Facebook lub po prostu wyślij maila do Fundacji.

Dzięki za lekturę i szerokiej drogi!


Aha, jak nas polubisz na Facebook, to naprawdę nam pomożesz. Nic nie będzie Cię to kosztowało, a może kiedyś zrobisz dzięki zamieszczonym tam informacjom, coś dobrego dla kogoś w Twojej okolicy. Zaproś też znajomych – ich także to dotyczy. Dzięki!

0 komentarze:

Prześlij komentarz