poniedziałek, 24 lutego 2014

Wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza

„Wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza” – powiedział kiedyś Albert Einstein. Ilekroć rozmawiam z kimś na temat jazdy rowerem, samochodem, motocyklem, czy po prostu o chodzeniu po mieście, po głowie plączą mi się te słowa. Zwykle zresztą przytaczam ten cytat i większość m
oich rozmówców się ze mną zgadza. A wyobraźnia jest rzeczą, której sporej ilości uczestników ruchu drogowego, niestety brakuje.
Brakuje jej małym dzieciom, dlatego organizujemy zajęcia już dla przedszkolaków. Brakuje jej licealistom, dlatego spotykamy się z nimi w szkołach. Brakuje jej młodym kierowcom, bo nie wiedzą jeszcze, co może ich na drodze spotkać. Brakuje jej także tym, którzy jeżdżą od lat, rutynowo, „na pamięć”, więc przy okazji każdego spotkania z różnymi ludźmi staram się to podkreślać.
O co chodzi mi z tą wyobraźnią? Wiele osób twierdzi, że są dobrymi kierowcami i poradzą sobie w każdej sytuacji. Ale jakoś nie dopuszczają do siebie myśli, że oprócz nich na drogach są miliony innych osób, które mogą popełniać błędy. I popełniają je. Źle oszacują odległość. Sądzą, że zdążą. Hamują zbyt wcześnie. Zbyt późno. Jadą na szybko. Nie rozglądają się na boki.
Mówiąc w wielkim skrócie, nie tylko Ty jesteś odpowiedzialna/ odpowiedzialny za swoje bezpieczeństwo. Odpowiada za nie także wiele innych, przypadkowych, obcych Ci osób, a Ty nie podejrzewasz ich o to, że mogą mieć mniejsze umiejętności, słabszy dzień, problem z koncentracją. Że mogą być smutni, weseli, rozdygotani czy roztrzepani w momencie, kiedy Ty jedziesz (autem, rowerem, motocyklem, idziesz pieszo) z wiarą w swoje umiejętności i nie przygotowujesz się na to, że oni mogą zrobić coś głupiego, nieoczekiwanego, nielogicznego.
Nigdy nie rozmawiasz przez telefon jadąc autem? Super. Ale możesz trafić na kogoś, kto rozmawia i nie będąc na to przygotowanym, mówiąc w skrócie, naciąć się na jego brak koncentracji.
Używanie wyobraźni to stosowanie zasady ograniczonego zaufania. Pędząc główną musisz pamiętać, że ktoś może wpaść na pomysł wymuszenia na Tobie pierwszeństwa. Albo po prostu będzie myślał, że zdąży wjechać przed Ciebie.
Jeżeli jedziesz bezpiecznie, pamiętaj, że inni niekoniecznie. Proszę, jaki ładny rym mi wyszedł, może dzięki temu zapamiętasz.
Miałem kiedyś taką sytuację – jadę tzw. gierkówką z Katowic do Warszawy. Jest jasno, piąta rano, droga jest pusta. Jadę 140km/h. Z lewej strony na trasę wjeżdża Golf, z jakieś miejscowości, przecina pasy w przeciwnym kierunku i zajmuje lewy na mojej drodze. Kierowca zrobił to nagle, widział, że nic nie jedzie na drodze, którą musiał przeciąć, ale niespecjalnie przejmował się niskim, sportowym samochodem, który być może niespecjalnie widać było przez barierki. Widząc, że Golf niespecjalnie szybko gramoli się na lewy pas, a ja zbliżam się do niego z dużą prędkością, wrzuciłem kierunek i zjechałem na prawy pas, żeby nie władować mu się w bagażnik. W tym momencie tamten kierowca (nie mam bladego pojęcia, jak w jego głowie wyglądała ocena sytuacji) zjechał na prawy pas prosto przed moją maskę, żeby mnie puścić, skoro jadę szybciej. Minąłem go przelatując poboczem, gdzie na całe szczęście nie było barierek – ale skląłem w duchu za całkowity brak wyobraźni i za to, że nie pomyślał o tym, że skoro zjechałem na prawy pas najpewniej nie mam możliwości, żeby hamować, tylko chcę go po prostu minąć.
Więc tak, wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza – nie musisz wiedzieć, co zamierzają inni uczestnicy ruchu drogowego wokół Ciebie. Idąc pieszo nie musisz myśleć o tym, co zamierza kierowca, który wrzuca kierunek, żeby wjechać w uliczkę, którą właśnie przecinasz na pasach. Ale możesz wyobrazić sobie, że najpewniej skupia się na ruchu wokół niego i niekoniecznie zdołał Cię dojrzeć, więc lepiej będzie, jeżeli poczekasz, aż on nawiąże z Tobą kontakt wzrokowy.
Pozwolę sobie na jeszcze jedno, dość nieparlamentarne sformułowanie, ale może i ono zapadnie Wam w pamięć. „Zawsze znajdzie się jakiś grubszy debil”. Nawet, jeżeli masz rajdowe zacięcie musisz pamiętać o tym, że ktoś inny może mieć jeszcze mniej oleju w głowie i po prostu wpaść na Ciebie nie zastanawiając się ani ułamka sekundy, że coś mogło mu wyjechać z tamtej strony. Bo on zawsze ścina ten zakręt. Ty też, tylko w drugą stronę.
Proszę, myślenie nie boli, a odrobina wyobraźni przydaje się w każdej chwili, w każdej sytuacji, od przechodzenia przez osiedlową drogę z chodnika na chodnik, po jazdę rowerem w parku pełnym psów i dzieci, na jeździe autostradą skończywszy.

Szerokiej drogi!


Jeżeli się ze mną nie zgadzasz, chcesz coś dodać albo opisać swoją historię – wrzuć nam komentarz na Facebook, napisz do mnie na Twitterze, albo po prostu wyślij maila do Fundacji.


Jeżeli jeszcze nie lubisz nas na Facebook, zrób to proszę. Bez względu na to, jako oceniasz moje przemyślenia na temat jeżdżenia, Twoja łapka w górę daje nam dostęp do kolejnej osoby, która może nam pomóc, kiedy szukamy dawców krwi albo innej pomocy dla osób po wypadkach. Zaproś też swoich znajomych. Wielkie dzięki za pomoc!


Źródło zdjęcia: Tambako the Jaguar via photopin cc

poniedziałek, 17 lutego 2014

Zainwestuj w porządny kask

Parę lat temu w jednym z warszawskich serwisów rowerowych byłem świadkiem sceny, kiedy to pewien staruszek przyprowadził zepsuty rower, a mocno zmartwiony całą sytuacją pracownik tłumaczył mu, że niestety nie może go przyjąć, bo taki jest regulamin. Nad punktem przyjmowania sprzętu wisiała bowiem kartka z napisem „rowerów z marketów nie przyjmujemy na serwis”.
Czy słusznie? W moim mniemaniu tak. I chociaż wiele osób będzie się ze mną kłócić mówiąc, że przecież rower w markecie jest dużo tańszy niż w sklepie rowerowym, to jednak zawsze będę twardo obstawiał przy swoim zdaniu – lepiej nie mieć żadnego roweru, niż jeździć na czymś bez marki, nazwy i dedykowanego serwisu.
Spójrzcie na to w ten sposób: kupicie jogurt marki „supermarket”, bo najczęściej robią je te same zakłady, które robią jogurt z logo jakiejś konkretnej, znanej i reklamowanej marki. Ale z samochodem nie zrobilibyście już tego samego, prawda? Dlaczego? Większość odpowie pewnie, że jednak samochód to kwestia bezpieczeństwa, on decyduje o naszym życiu lub śmierci, a przede wszystkim kupując auto jakiejś znanej marki mamy pewność, że jeżeli coś się z nim nieszczęśliwego przytrafi, to na pewno znajdziemy do niego części zamienne i ktoś nam je fachowo naprawi.
No właśnie, ale przecież z rowerami jest dokładnie tak samo. Dobry rower to kwestia bezpieczeństwa. Jego niezawodność może decydować o naszym życiu lub śmierci. Jeżeli coś się z nim stanie, nie wyrzucimy go, bo przecież wydaliśmy na niego pieniądze i chcemy, żeby ktoś go naprawił, albo chociaż sprzedał nam części zamienne.
Rower z marketu nie gwarantuje nam niczego. Poza tym, że w żadnym szanującym się serwisie rowerowym nie powiedzą nam niczego poza tym, że to szmelc i najpewniej nie da się już go naprawić. Czy nie lepiej więc, zamiast wyrzucić tak naprawdę pieniądze w błoto (w dłuższej perspektywie), nie zainwestować w coś porządniejszego?
Nawet, jeżeli jest to rower, który kupujecie dla babci, żeby jeździła do sklepu po warzywa – zaręczam Wam, że prędzej uda Wam się znaleźć części i doprowadzić do stanu używalności solidny, kilkunastoletni rower (tzw vintage) jakiejś znanej, niemieckiej czy holenderskiej marki, niż coś, co kupicie za kilkaset złotych w markecie.
Poza tym firmowe rowery można kupić także przez sieć, albo zimą, kiedy zmieniana jest kolekcja – na przecenie. Są także polskie marki, tańsze niż zagraniczne, które robią solidne i tanie rowery, a przy tym mają serwisy.
Musicie pamiętać, że od sprawności Waszego roweru zależy bezpieczeństwo Wasze i innych.
A od kasku zależy dokładnie tyle samo.
Po co więc tyle o porządnych rowerach, skoro miało być o kaskach? Bo kasków nie kupuje się albo wcale, albo bierze się najtańszy z półki w markecie. A kwestia jest dokładnie taka sama – od niej zależy nasze życie, a oszczędzanie na bezpieczeństwie naszej czaszki, to oznaka, że ta czaszka w istocie jest pusta.
Parę lat temu widziałem dość makabryczną kampanię, w której ludzie z pooranymi głowami, po trepanacjach, patrzyli się tępo z plakatów, na których umieszczone były cytaty, które wielokrotnie słyszałem na żywo: „nie będę jeździł w kasku, bo głupio w nim wyglądam”, „bo psuje mi fryzurę”, „bo jeżdżę tylko do sklepu”.
W tej chwili mamy taki wybór certyfikowanych kasków różnych producentów, że ciężko nie trafić na coś w swoim guście. A fryzura nie obroni nikogo, kiedy uderzy go samochód, albo po prostu wpadnie na innego rowerzystę. Kask jest równie ważnym akcesorium jako rower, a jeżeli już ktoś oszczędza na rowerze – niech chociaż kask kupi porządny. Z atestem. W internecie jest mnóstwo ofert z kaskami wszelkiej maści, które mają w opisie informację, że posiadają atest taki lub taki. Poczytajcie sobie o tym. To jest piętnaście minut, dzięki którym możecie zdobyć wiedzę o tym, co tak naprawdę działo się na etapie testów z czymś, co ma ocalić Wasz mózg, twarz, oczy.
I naprawdę nie trzeba się na tym znać. Trzeba tylko wybrać się do najbliższego sklepu rowerowego (nie supermarketu) i uczciwie powiedzieć, co jest potrzebne. Nikt nie będzie wciskał Wam tzw. full-face’a, jeżeli chcecie jeździć na holenderce do pracy czy na zajęcia. Sprzedawcy w sklepach rowerowych nie gryzą i pomogą Wam wybrać najlepszy dla Was kask, a ponieważ większość występuje w milionie wersji kolorystycznych, dobierzecie sobie coś i do garnituru, i do dresu.
Większość moich kolegów w sklepach rowerowych prędzej ucieszy się, że przyszedł do niego zupełny laik, ale rozumiejący, że kask musi być porządny (co nie zawsze znaczy drogi), niż będą narzekać, że musieli tłumaczyć wszystko od podstaw. A jeżeli naprawdę się krępujecie, zanim wybierzecie się do sklepu, poczytajcie fora internetowe czy poradniki w magazynach rowerowych.
Wreszcie, ostatnia sugestia – nie polecam kupowania kasku bez przymiarki. Nawet, jeżeli jest dobra okazja w internecie i rozmiar wydaje się być dobry, sprawdźcie najpierw, gdzie można kupić taki kask w okolicy i załóżcie go sobie na głowę. Jeżeli będzie ok, kupcie go w sklepie lub przez internet, ale mając pewność, że to jest to, czego Wam potrzeba.

Nie zgadzasz się ze mną? A może chcesz dołożyć swoje trzy grosze albo wyjaśnić kilka kwestii związanych z kaskami – pisz śmiało na naszym Facebook, moim Twitterze, albo wyślij nam maila.


Zostań też naszym fanem na Facebook – jeżeli wiemy o kimś, kto potrzebuje pomocy po wypadku umieszczamy informację właśnie tam. Może kiedyś pójdziesz oddać dla kogoś krew i uratujesz komuś życie. Kliknięcie łapki w górę nic Cię nie kosztuje. Dzięki!

środa, 12 lutego 2014

Samochód vs autobus - GOP

W poniedziałek pojechaliśmy z Michałem z Rady Fundacji z Zabrza do Gliwic, aby złożyć tam wniosek o dofinansowanie naszego programu Zebra z klasą, adresowanego do najmłodszych dzieci. We wtorek jechałem z Zabrza do Gliwic, żeby spotkać się z Panią Janiną, ze stowarzyszenia Bezpieczna Łapa. Dziś wybrałem się z Zabrza do Gliwic na spotkanie grupy do spraw bezpieczeństwa przy Gliwickim Centrum Organizacji Pozarządowych. Przejechałem kilkadziesiąt kilometrów tankując raz, w poniedziałek, fundacyjne auto za złotych pięćdziesiąt.
Jadą autobusem z Zabrza do Gliwic muszę kupić bilet za 3,80pln, bo przekraczam granicę strefy. Oprócz tego muszę jeszcze albo się przesiąść (następny bilet), albo przejść z pętli autobusowej w Gliwicach do centrum, a potem, wracając, z dworca przy ul. Goethego z powrotem do siebie. Gdybyśmy więc pojechali z Michałem autobusem, a potem poruszałbym się komunikacją miejską przez kolejne dwa dni sam, wydalibyśmy na to równo 38zł. Oczywiście pod warunkiem, że za każdym razem kupowalibyśmy bilet w kiosku, a nie u kierowcy, bo wówczas jest droższy.
Ja nadal mam paliwo w baku. Jutro zrobię kolejny kurs do Gliwic i z powrotem wraz z pasażerem, a więc suma za teoretycznie kupione bilety zwiększy się do 53,20pln.
Pogoda niespecjalnie nam teraz sprzyja. Czasem wożę ze sobą tylko laptopa, albo tablet, a czasami arkusze papieru, na którym rozrysowane mam jakieś plany i projekty. Czasem mi się spieszy. Samochód zdecydowanie sprzyja więc temu, żebym przemieszczał się nim między miastami w obrębie aglomeracji śląskiej, tzw GOP.
Podsumowując więc wszystkie za i przeciw okazuje się, że zdecydowanie lepiej jest, kiedy jeżdżę autem. Mogę ze sobą kogoś zabrać, żeby nie zajmować miejsca na drodze i emitować CO2 bez uzasadnienia. Będzie nam cieplej, wygodniej, możemy zabrać ze sobą komputery czy jakieś materiały, a co najważniejsze, będzie taniej.
I tutaj pojawia się problem - jak to jest możliwe? Czemu doszliśmy do absurdalnej sytuacji, w której jeżdżenie samochodem okazuje się opłacać bardziej, niż jeżdżenie autobusem? Rozumiem, że komunikacja jest mniej wygodna, głośna, są tam współpasażerowie, którzy czasami bywają uciążliwi, w lecie jest okropnie gorąco, w zimie dość zimno, a w dodatku nogi bolą, bo w godzinach szczytu trzeba stać. Ale koronnym argumentem wszystkich zwolenników transportu publicznego zawsze było to, że był on tańszy.
Ja wiem, że summa summarum samochód wychodzi drożej - bo trzeba go kupić, ubezpieczyć, lać do niego płyny i oleje, serwisować, wymieniać klocki, robić mu przeglądy etc. Ale jeżeli już ktoś auto sobie nabył, to już i tak ponosi wyżej wymienione wydatki. A jeżeli ma zestawić możliwość jeżdżenia w weekendy autem, np nad wodę czy na działkę, a w tygodniu autobusem z opcją poruszania się wszędzie autem, to w tym momencie zdrowy rozsądek podpowiada, żeby jeździć samochodem cały czas.
Rozumiem, że jest jeszcze emisja CO2, trucie środowiska i inne negatywne aspekty sytuacji, w której jest dużo aut na ulicach. Ale ludzie, rozumując raczej w perspektywie najbliższych tygodni i miesięcy wybiorą rozwiązanie lepsze ekonomicznie niż takie, które może coś zmienić w perspektywie nadchodzących dekad.
Mówię tutaj o sytuacji, w której jeżdżę sporadycznie. Niemniej miesięczny bilet na dwie i więcej gmin to koszt 150zł. Za 150zł małe autko mógłbym zatankować spokojnie raz w miesiącu, używając go 3-4 razy w tygodniu. I byłoby mi w moim małym autku wygodniej, cieplej, zimniej, w zależności od pory roku, nie byłbym zobowiązany żadnym rozkładem a poza tym nocą nie musiałbym czekać czasami ponad godziny na to, aż coś mnie łaskawie do domu podrzuci.

Dla osób, które korzystają z transportu publicznego codziennie, nadal bardziej opłaca się kupić bilet miesięczny. Prawda jest jednak taka, że większość gospodarstw domowych, które znam i tak posiada jakieś auto, a więc ponoszą wszystkie wydatki związane z utrzymaniem go na chodzie. Jeżeli więc ceny biletów jeszcze podskoczą (a sukcesywnie pną się w górę), to perspektywa jeżdżenia samochodem codziennie stanie się zdecydowanie bardziej realna.
Poza tym, nie zapominajmy, że większość silników jest coraz bardziej ekonomiczna. Moda na down-sizing doprowadziła do tego, że auta palą śmiesznie mało w porównaniu z ich nastoletnimi czy nawet kilkuletnimi poprzednikami. Za chwilę okaże się, że za 150zł naprawdę można się najeździć, mimo dość wysokich cen benzyny, dowieźć sobie wygodnie zakupy i jeszcze mieć swobodę podróży. Hybrydy są coraz popularniejsze i efektywniejsze, a za jakiś czas pojawią się samochody miejskie, które będzie można załadować z gniazdka.
Co wtedy, komunikacjo miejska?

Mimo coraz nowszych autobusów, wyposażanych w bardziej oszczędne silniki, bilety drożeją. Owszem, są jeszcze koszty zakupu autobusu, które w części zwraca UE, część pokrywają reklamy na i w pojazdach, część oczywiście bilety.

Moje pytanie brzmi: czy gdyby bilety były tańsze, autobusami jeździłoby więcej osób i tym sposobem łatwiej byłoby utrzymać ich flotę?

Być może odpowiecie, że na pewno ktoś to policzył i pomierzył i nie może być inaczej. A co, jeżeli nikt tego nie zrobił? A co, jeżeli to jest tak, że cena biletów trochę wzrosła, więc zarząd KZK GOP, MZK czy innego MZUK doraźnie podnosi cenę, aby wyrównać tę stratę pasażerów, którzy wybrali auto? To spowoduje, że więcej pasażerów odejdzie i cena biletu znów wzrośnie.
Byłem dziś na spotkaniu rady bezpieczeństwa przy GCOP i rozmawialiśmy na temat różnych absurdalnych rozwiązań oznakowania dróg i działania systemu świateł w Gliwicach. Okazuje się, że nikt tego nie sprawdził, nie policzył i nie pomierzył, zanim to wdrożono. Kiedyś mój dobry znajomy opowiadał mi, że odkrył, że podczas przeprowadzania reformy rozkładów i tras jazdy pociągów na Śląsku nikt nie zrobił badań przepływu ludności i tego, ile tak naprawdę pasażerów jeździ tędy czy tamtędy. Okazuje się, że niektóre pomysły są realizowane, bo są realizowane. Bo komuś się wydaje, że tak będzie lepiej. I nikt nie patrzy na to w drugą stronę. Mniej pasażerów? Droższe bilety. Nie ma zmiłuj. Nikt nie myśli o efekcie skali, który można byłoby uzyskać zmniejszając cenę biletu, która byłaby atrakcyjniejsza dla wszystkich, którzy chcą się przemieszczać po okolicy. Okazałoby się, że jednak lepiej jechać autobusem, niż autem.
Przecież ten autobus i tak jedzie - w stosunku do masy autobusu masa pasażera ma niewielki wpływ na jego spalanie. Czy gdyby przy obniżeniu ceny o 1/3 proporcjonalnie wzrosłaby liczba pasażerów, którzy dzięki temu kupiliby bilet i wyrównali całość na zero? Czy ktokolwiek to sprawdził? Wątpię.

Nie jestem wrogiem komunikacji miejskiej, absolutnie. Są ogromne rzesze ludzi, którzy będą z niej korzystać - dzieci i młodzież, osoby starsze, nieco biedniejsze, te, które pracują w centrach miast, gdzie nie można parkować. Chwała Warszawie za parkingi P+R, gdzie można zostawić sobie auto, żeby komfortowo dojechać metrem do centrum - świetna sprawa. Ale w obrębie aglomeracji śląskiej, ceny biletów autobusowych czy tramwajowych moim zdaniem są absurdalne.

Nie mam na to żadnej gotowej odpowiedzi, ani rozwiązania. Pytam tylko, czy ktokolwiek w jakikolwiek sposób myśli nad tym bardziej perspektywicznie. Samochody na prąd, hybrydowe i te z niezwykle oszczędnymi silnikami już tutaj są. Jeżdżą, wożą, są komfortowe i coraz tańsze. Co się stanie, kiedy właściwie każdy będzie mógł sobie na nie pozwolić? Ile wtedy będą kosztowały bilety komunikacji miejskiej, którą będą poruszali się już tylko ludzie z przyczyn formalnych lub zdrowotnych niezdolni do siadania za kółkiem? Nie jesteśmy daleko od sytuacji, kiedy bilet jednorazowy jest droższy od litra benzyny, na którym można moim, mało ekonomicznym w gruncie rzeczy samochodem, pokonać ponad 10km. Bardzo oszczędne, niewielkie, ale czteroosobowe auto na tym samym litrze zrobi blisko 30km.
Rowerami jeżdżą entuzjaści zdrowego trybu życia, hobbyści i miłośnicy swobody. Kto będzie jeździł autobusami? Także entuzjaści?

Może masz jakieś przemyślenia w tym temacie. Może zupełnie się ze mną nie zgadzasz i uważasz, że samochód nigdy nie będzie miał szans w starciu z autobusem? Swoje zdanie możesz wyrazić w komentarzach. Możesz także napisać kilka słów na Facebook albo na Twitterze.

Dzięki też za polubienie naszej strony na Facebook lub Google+. Z nich możesz dowiedzieć się, gdzie, komu i jaka pomoc potrzebna jest po wypadku. Na naszej stronie z kolei dowiesz się, jak możesz z naszej pomocy skorzystać.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Muzyka na rowerze

Ostatnio pisałem o jeżdżeniu na rowerze nocą i kwestiach związanych z oświetleniem. Dziś kilka kolejnych słów na temat jeżdżenia bicyklem, nie tylko nocą zresztą.
Nie wiem, jak Wy, ale ja na przykład  nie potrafię słuchać muzyki na rowerze. Może oduczyłem się jeżdżąc freeride, kiedy to wpychanie słuchawek pod kask jest po prostu niewygodne, a poza tym co chwila się go zakłada i ściąga, więc tak naprawę trzeba byłoby zjechać z jakieś solidnej góry, żeby móc przesłuchać więcej niż kilka taktów. Inną sprawą jest, nazwijmy to, kontakt z maszyną. Jeżeli ma się rower na sztywnej ramie, to mniej więcej wie się jeszcze, co się z nim pod nami odbywa, ale w przypadku tzw. „fulli”, czyli z pełnym zawieszeniem, sprzęt pływa pod nami i tak naprawę czasami tylko rozmaite dźwięki zdradzają nam, co się z nim tak naprawdę dzieje.
To samo zresztą mam jeżdżąc w mieście – po pierwsze uważam, że dźwięki otoczenia są daleko bardziej fascynujące niż muzyka, która próbuje je zagłuszyć. Jadąc w gęstym ruchu ulicznym trzeba mocno podkręcić głośność, aby muzyka była w ogóle selektywna, a to nigdy nie jest przyjemne. Jadąc w nocy nie myślę w ogóle o tym, żeby wyciągać słuchawki.
Wychodzę bowiem z następującego założenia: jadąc samochodem mogę polegać kompletnie na bodźcach wzrokowych i wiem, że to mi wystarcza; na rowerze niestety nie. Kiedy siedzimy za kierownicą auta, poruszamy się po określonym obszarze – po drogach, gdzie są tylko inne samochody. One zaś sygnalizują nam, co będzie się z nimi działo, poprzez bodźce wzrokowe – a konkretniej – dając sygnały świetlne. Zapaliły się światła stopu, znaczy, że będzie hamował. Wrzucił kierunkowskaz – skręci. Piesi przecinają drogę kierowcy tylko w ustalonych miejscach (przynajmniej w założeniu) – na pasach, tam, gdzie są światła. Poza tym, po ich zachowaniu możemy wnioskować z wyprzedzeniem, co zamierzają robić. Siedząc w zamkniętej kabinie samochodu, gdzie wszystkie dźwięki z zewnątrz są wytłumione, niespecjalnie możemy polegać na naszym słuchu.
Zupełnie inaczej wygląda sytuacja, kiedy wsiadamy na rower. Inni rowerzyści nie mają świateł stopu reagujących na naciśnięcie na hamulce. Piesi w ogóle nie są oświetleni, a zwierzęta zachowują się nieraz zupełnie spontanicznie. Dzięki temu, że nasłuchujemy dźwięków otoczenia wiemy, czy jesteśmy na osiedlowej drodze sami, czy zaraz zza bloku wyjedzie nam auto. Słyszymy szczekanie biegnącego w naszą stronę psa, albo dźwięk hamulców innego rowerzysty.
Jasne, możemy polegać tylko na wzroku, ale korzystając także ze zmysłu słuchu znacznie poszerzamy nasz ogląd na sytuację wokół nas. Puszczając sobie muzykę odcinamy sobie źródło ważnych informacji dotyczących naszego otoczenia. Często zaś je zmieniamy – czasem jedziemy przez park, czasem po chodniku, czasem po drodze. Nasłuchując, co dzieje się wokół nas znacznie ułatwiamy sobie sytuację.
Tak, jak światła, jasna odzież czy odblaski ułatwiają innym zauważanie nas i uniknięcie kolizji, tak samo słuch zwiększa nasze szanse z drugiej strony – pozwala nam na lepsze rozeznanie w tym, co robią inni wokół nas. Poza tym zwiększa się także nasza koncentracja, bo nie skupiamy się na bodźcach dochodzących ze słuchawek, ale na tych związanych z naszą jazdą.

Może się ze mną nie zgadzasz? A może chcesz rozszerzyć temat, albo zadać mi jakieś inne pytanie? Pisz śmiało na naszym koncie na Facebook, na moim Twitterze albo wyślij maila do Fundacji.


Polub nas na Facebook – zależy nam na Twojej łapce w górze, bo jesteś zawsze jedną osobą więcej, do której dotrze informacja, że ktoś potrzebuje krwi lub innej pomocy po wypadku. Jedną? Chcesz zaprosić swoich znajomych? Super! Do dzieła! Wielkie dzięki!

poniedziałek, 3 lutego 2014

Nocny rower

Obecnie na Śląsku mamy dość ładną pogodę – w porównaniu z tym, co widać było wczoraj na zdjęciach z Lubelszczyzny w Teleexpresie, jest tutaj naprawdę wiosennie. W związku z tym, że nie ma ogromnych zasp, ostatnio częściej poruszam się rowerem niż samochodem.
Zawsze powtarzałem, że jeżdżenie nocą na rowerze sprawia mi najwięcej przyjemności, przynajmniej, jeżeli chodzi o jeżdżenie po mieście. Ruch jest niewielki, nie ma pieszych, którzy mogą znienacka wpaść pod koła, samochodów także jest mniej, w związku z tym jeździ się spokojniej i bezpieczniej. Zawsze można sobie kilka spraw przemyśleć, a jeżeli jedzie się z kimś – porozmawiać, bez konieczności przekrzykiwania warkotu silników.
Jest jednak kilka kwestii, które przy okazji tych moich chwil spokoju i nazwijmy to nawet, zadumy, przychodzą mi na myśl, z których dziś poruszę bodaj najważniejszą: lampki.
Musisz mieć światła. I nie ma zmiłuj, nic mnie nie obchodzi to, że niemal żaden rower obecnie nie jest fabrycznie wyposażany w światła. Kiedyś jeździło się z furkoczącym dynamo, które źle ustawione tak mocno tarło o koło, że człowiek zdążył zmęczyć się zanim lampa zaczęła porządnie świecić. W chwili obecnej są dosłownie setki możliwości oświetlenia się na rowerze po zmroku. Zdaję sobie sprawę z tego, że jeżdżenie z włączonymi lampkami w ciągu dnia mija się z celem, bo są one na tyle słabe, że w ogóle ich nie widać. Ale kiedy tylko zrobi się chociaż trochę ciemniej, uważam, że „mroczni rycerze”, którzy nie używają żadnego oświetlenia, proszą się o wypadek i w dodatku narażają innych na niebezpieczeństwo.
Roweru nie słychać, więc jeżeli jedzie się chodnikiem, dla pieszego, który nie musi być oświetlony, a my, jako rowerzysta, nie musimy go widzieć, tylko światła mogą stanowić informację o tym, że zbliża się jakieś potencjalne zagrożenie. To samo w przypadku samochodów – kierowca nie słyszy ani wołania z zewnątrz, ani pisku rowerowych hamulców, ani cykania piasty tylnego koła – widzi wyłącznie nasze światła.
Nawet, jeżeli są to więc małe lampki, pojedyncze diody, robią one ogromną różnicę. Widzi nas i pieszy i kierowca, i inny rowerzysta, więc nie wpadamy na nikogo jak Batman z zaskoczenia. Auto widzimy, ale pieszego nie zawsze uda nam się zauważyć – dzięki światłom przynajmniej on widzi nas.
I tutaj moja drobna sugestia dotycząca lampek rowerowych i ich możliwych trybów działania – zastanówcie się przez chwilę, patrząc w ciemności garażu, piwnicy czy przedpokoju, jak wyglądają Wasze światełka dla osób, które mijacie. Zgadza się, białe światło ustawione w tryb migania wygląda jak stroboskop, powoduje ból głowy i prawie przyprawia Was o epilepsję. Dodam także, że niespecjalnie skutecznie oświetla drogę przed Wami.
Nie róbcie więc tego, bardzo proszę. Przednie, białe światło niech świeci stale – bez żadnego migania, sygnałów etc. Nawet, jeżeli jest to właśnie taka mała „pchełka”, która działa wyłącznie jako światło pozycyjne. Nigdy nie wiecie, czy jej miganie nie spowoduje u kogoś zawrotów głowy albo ataku epilepsji.
Tylne światło z kolei – w porządku, niech sobie powoli miga. To akurat ułatwia sprawę wszystkim – kierowcom i pieszym, bo bardziej zwraca na siebie uwagę, a czerwone lampki zwykle świecą słabiej. Ale tutaj także sugerowałbym używanie powoli pulsującego światła, a nie szalone dyskoteki, bo jeżeli ktoś jedzie lub idzie za Wami, nigdy nie jest to dla niego przyjemne doznanie.
Nie udawajcie więc proszę ani nietoperzy, ani dyskoteki. Ja osobiście używam małych, pojedynczych diod zapinanych na gumkę na ramę, bo łatwo je założyć i zdjąć, a poza tym nie zajmują wiele miejsca w torbie a ich baterie starczają na bardzo długo. Kiedyś kolega powiedział mi, że takie światełka zupełnie się nie sprawdzają. Kilka tygodni później, w Warszawie, trafił na jakiejś nieoświetlonej drodze na, jak to określił, stado świetlików. Było to kilku rowerzystów wracających z Nocnej Masy Krytycznej i nagle okazało się, że nawet takie małe lampki pozwalają na wyłuskanie wzrokiem rowerzysty z ciemności.
A skoro już o ciemnościach mowa, rozumiem, że dla wielu osób Batman jest jednym z najciekawszych superbohaterów, ale proszę – nie ubierajcie się na czarno idąc wieczorem czy nocą na rower. Sami prosicie się o to, żeby coś Wam się stało. Nie mówię, że musicie mieć na sobie pomarańczowe kurtki, ale chociaż trochę jaśniejsze znacznie ułatwią innym uczestnikom ruchu znalezienie Was i ominięcie. A jeżeli jesteście tak wielkimi fanami czerni, że po prostu nie macie innych ciuchów, to zawsze można wyposażyć się w odblaski. Mam ich całą szafę, a za żaden nie zapłaciłem złotówki – są rozdawane przy różnych okazjach, przez Policję, kiedyś nawet można było je dostać w Urzędzie Miejskim albo na komisariatach.
Aha, i odblaski SA dodatkiem, nie zamiennikiem światełek.

Chcesz napisać swój komentarz w tym temacie? Opisać swoją historię dotyczącą oświetlenia rowerowego, albo zasugerować innym, skąd mogą wziąć odblaski? Zamieść komentarz na naszej stronie na Facebook lub po prostu wyślij maila do Fundacji.

Dzięki za lekturę i szerokiej drogi!


Aha, jak nas polubisz na Facebook, to naprawdę nam pomożesz. Nic nie będzie Cię to kosztowało, a może kiedyś zrobisz dzięki zamieszczonym tam informacjom, coś dobrego dla kogoś w Twojej okolicy. Zaproś też znajomych – ich także to dotyczy. Dzięki!